Socjopatka.plpatrz szerzej, bo możesz więcej.

Nie lubię latać samolotem

2016-01-05 · Dagmara Sobczak

Dzisiejszy post, będzie z kategorii tych tekstów, których unikamy jak ognia. Wiecie których? TAK, TAK. Tych osobistych.

W końcu czemu, miałabym Wam nie opowiedzieć o mojej prywatnej traumie latania samolotem. Spowodowanej przez media. Chyba media.

W zasadzie, nie wiem przez co…

Trudne poranki

Godzina 6:00 rano, otwieram oczy. Sprawia mi to niewiarygodne cierpienie, gdyż zazwyczaj wstaję o 10:00. Przeciągam się zdrowo, patrząc z lekkim niepokojem w sufit. Podejmuję walkę o wyciągnięcie nóg spod psa i wstaję. Ja wstaje, pies leży, patrząc na mnie z dziwnym wyrzutem, jak w ogóle śmiałam ją obudzić. Czasem zastanawiam się, czyje tak naprawdę jest to łóżko. Ja zawszę śpię w rogu z podwiniętymi nogami, a księżniczka Psika wyciąga się jak struna w poprzek kołdry. Moja podświadomość nie pozwala zwrócić mi jej uwagi, bo przecież jej też należy się wypoczynek, po całym dniu spania.

Pora przemyć twarz i wstawić wodę w czajniku. Robię herbatę i w między czasie zaglądam do lodówki. Niestety, wszystko na co patrzę, wygląda jak by nie miało ochoty przejść mi przez przełyk. Zamykam więc. Herbata gotowa, a ja nieustannie czuję niepokój.

Trudne małżeństwo

Gdzieś w tle, kręci się mój mąż wesoło sobie nucąc i zadając milion irytujących pytań. Bo przecież mieszkamy tu dopiero od 3 lat. Więc ma prawo nie wiedzieć, gdzie są jego skarpety. No i po co spakować się dzień wcześniej, jak można 30 minut przed wyjazdem. Dobrze, że znamy się już na tyle, że po trzecim braku odpowiedzi z mojej strony, wie co jest grane i przestaje pytać.

Teraz pora na szybki prysznic. Parę minut przed lustrem, nurkowanie w szafie i już. Już jesteśmy spóźnieni. Bo wyszliśmy 15 min za późno. Z prędkością, za którą podziękują nam gminne fotoradary, mkniemy oddać psa do rodziców i w drogę.

Zazwyczaj podróże lotnicze odbywamy z Warszawy, więc zawsze dojeżdżamy na miejsce autem. Nie jedziemy dłużej niż 1.30 h. Mój żołądek wydaje dziwne dźwięki. No tak, przecież nie uraczyłam go żadnym posiłkiem. Jesteśmy.

Trudne lotnisko

Nigdy nie zastanawiałam się dlaczego to lotnisko, nazwane jest imieniem pianisty. I chyba nadal nie będę zgłębiać tego tematu. Szybki rzut okiem na monitor, krótka odprawa, zdanie bagażu. I oczywiście przeszukanie. Bo te bramki piszczą zawsze, gdy ja przechodzę. Poważnie! Mogę przejść w samej bieliźnie, a to nic nie zmieni, ona i tak zapiszczy. Czasami myślę, że oni mają jakiś przycisk i włączają to ręcznie. Tak jak robią to sprzedawcy w sieciówkach, gdy ktoś im się nie podoba.

Jesteśmy uwięzieni na lotnisku. Teraz to, ani w lewo, ani w prawo. Grzecznie czekamy siedząc i rozmawiając, albo przemykamy po cichu między regałami sklepów duty free. Moja skóra wciąż jest spięta, a umysł buja gdzieś w obłokach.

Nagle głos z sufitu ostrzega, aby nie zostawiać bagaży. Przecież ja i tak wiem, że chodzi tu o bombę! Co wzmaga mój niepokój. Media, tak skutecznie od małego wpajały mi do głowy, że lotniska są niebezpieczne, że chodzi to za mną do teraz. Prawdą jednak jest, że gdyby człowiek chciał gdzieś ukryć się przed atakami terrorystycznymi, to lotnisko byłoby jednym z najbezpieczniejszych miejsc.

Trudny lot

Z sufitu znów znajomy głos mówi, że bramki nr 22 są już otwarte. Więc pora udać się, na krótki spacer do wejścia na pokład. Ciekawe czy widać po mnie, że idę jak na skazanie. Odczuwam strach. Siadam na swoim miejscu, zapinam pas i czekam na każdorazowe przedstawienie ze strony personelu pokładowego. Ludzie milkną. Silniki przyśpieszają. Prędkość wciska mnie w fotel, a ja spinam się jak Mariusz Pudzianowski podczas spaceru farmera. Przy okazji chwytając męża za rękę i ściskając ją z całych sił.

On w tym samym czasie próbuje mnie zagadać bo wie, że tego momentu nie lubię najbardziej. Bo te pierwsze minuty są najgorsze. Nie wiem, czy to strach przed tym, że nie mam nad niczym kontroli. To nie samochód. Nie zatrzyma się w jednej chwili i nie mogę z niego wysiąść, gdy zrobi mi się niedobrze. Ciśnienie się zmienia, a moja obawa rośnie. Nie mam jeszcze pojęcia, czy najbliższe 2 godziny spędze z bólem głowy, czy może tym razem mi się uda i wszystko będzie ok.

Teraz mogę zjeść. Może rogalika, albo kanapkę. Do tego obowiązkowa herbata nr 2 dzisiejszego dnia. Kocham herbatę. Wprowadza mnie w stan uspokojenia, gdy opływa mnie ten ciepły aromat. Dobra. Trzeba się trochę ogarnąć, bo źle nie jest. Nic mnie nie boli, nic nie trzęsie. Lecimy już prawie 2 godziny. Trochę nudno. Plus jest taki, że dużo łatwiej czyta się tu książkę, niż w tramwaju sunącym po starych torowiskach, gdzie co chwile gubię linijkę.

Lądujemy. To kolejny moment niepewności. Tu, podczas zmiany ciśnienia jest trochę gorzej. Zatykają mi się uszy. Tak, próbuję przełykać ślinę, ziewać, rzuć gumę. Nie, nie pomaga. Jestem szczęśliwą posiadaczką uszu z bardzo wąskimi kanalikami, które zapychają się dosłownie ciągle i w każdym warunkach. Wiem to od lekarza!

Lądujemy. Zagraniczne linie lotnicze i niewielka ilość rodaków na pokładzie powodują, że nie słychać oklasków. No może jeden gdzieś się wyrwał, ale bez wsparcia szybko się poddał. Wysiadamy, odbieramy bagaż i zmierzamy do miejsca docelowego. To koniec.

Nic się nie stało, a ja już się nie stresuję.

Z podróży zostało mi tylko lekko zatkane ucho. I wtedy się zastanawiam: po co mi to? Dlaczego za każdym razem wygląda to tak samo. Mimo, że nigdy nie wydażyło się nic złego (nie licząc niemiłosiernego bólu głowy, podczas jednego lotu). Mimo, że odbyłam już wiele lotów, bez szczególnych atrakcji. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Wiem tylko tyle, że przede mną 7 dni błogiego lenistwa i poznawania innych rejonów…

…a za tydzień historia zacznie się od początku. Bo bardzo nie lubię latać samolotem.

P.S. Ten uśmiech na lotnisku, ze zdjęcia, jest sztuczny!